Kierunek Bieszczady czyli małe góry z wielkim charakterem cz.II

Hej! Pora wrócić w Bieszczady na drugą część wrażeń z tych nie za wysokich, ale cholernie ciekawych polskich gór. Jesteście gotowi? No to jedziemy…

A jeśli jakimś cudem ominęliście pierwszą część –zajrzyjcie TUTAJ.
Jeśli zaś jesteście na bieżąco, od razu przeskoczcie niżej:)

Powrót do natury

Nic chyba nie sprawi Ci większej frajdy  w Bieszczadach niż kontakt z naturą. Dosłownie i w przenośni! Zaczynając od totalnie cudnych widoków, które podbiją serce największego sceptyka, poprzez wypełniające płuca czyste powietrze, aż po świeże lokalne pyszności, którym po całym dniu w górach nie sposób się oprzeć.

Na mnie jednak najbardziej zrobiła wrażenie ta niesamowita i zaskakująca bliskość natury. To, że mogłam ją wręcz poczuć, podziwiać jej niesamowite piękno. I paść oczy.

Z jednej strony potrafiła wywołać lekki dreszczyk emocji, gdy 2 razy tego samego dnia zaliczyłam bliskie spotkanie ze żmiją, co w moim wykonaniu skończyło się  wystrzeleniem jak guma z majtek i pokonaniem części szlaku nad powierzchnią ziemi 😉

Były też momenty wędrówki przez gęsty las i nie powiem – nastawiałam uszy jak rasowy mieszczuch czy jakiś rysiek albo misiek nie chce mnie okraść z kanapek lub proteinowych batoników. Nie będę też ściemniać, że nie zastanawiałam się czy hasło „dobry piesek” podziała na tutejsze wilcze szychy.

Ale to również chwile, które zapamiętam na zawsze. Gdy sarnia mama nocą podprowadza pod werandę Twojego domku swoje młode i karmi je na Twoich oczach, czule głaskając głową swoje dziecko. Wtedy nie zastanawiasz się nad niczym, po prostu cieszysz się jak dziecko, mogąc uczestniczyć w czymś wyjątkowym i bezcennym, bo takich rzeczy nie kupisz, nawet mając Mastercard 😉

To oczywiście nie jest sarnia mama z werandy, ale cudne daniele z Leśnego Zwierzyńca w Cisnej. Dziewczyny były odrobinę mniej dzikie i  jakie towarzyskie!

To również ten moment, gdy wspinając się na kolejne wzgórze zatrzymujesz się na sekundę i podziwiasz rozpościerający się przed Tobą dywan kolorowych drzew i górujące nad nimi pasma gór, a jedynym tłem muzycznym dla tego obrazu są ryki jeleni szykujących się do rykowiska. Bo właśnie wtedy dociera do Ciebie, że ta natura jest właśnie tu i dzieje się teraz. A Ty jesteś jej częścią.

Lekcja pokory dla mieszczucha

Wszystko pięknie ładnie, ale warto pamiętać o jednym. Chociaż Bieszczady nie są wysokimi górami, to mają charakterek i potrafią dać w kość, zwłaszcza tym, którzy wychodząc na szlak nie do końca potraktują je poważnie.

Przede wszystkim bieszczadzkie szlaki różnią się nieco od tych karkonoskich czy tatrzańskich. Są długie (niektórzy twierdzą, że monotonne, ale ja się nie zgadzam) i momentami nie do końca wyraźnie oznakowane, co może sprawić psikusa lub zmylić drogę. Warto o tym pamiętać i mieć oko na oznaczenia, bo zdarzają się naprawdę długie godziny zanim spotkacie inne osoby na trasie.

Dodatkowo nie bardzo możecie liczyć na infrastrukturę, bo szlaki prowadzą przez lasy, połoniny i łąki. I chociaż od czasu do czasu dotrzecie do punktów odpoczynku, to na ciepłą herbatę załapiecie się tylko, gdy na horyzoncie pojawi się jedno z naprawdę nielicznych schronisk. Warto o tym pamiętać przy planowaniu trasy, zwłaszcza, że macie niepowtarzalną okazję odwiedzić prawdziwą Chatkę Puchatka, czyli najbardziej znane schronisko Bieszczadów.

Jeśli więc jesteście fanami wędrówek górskich w lakierkach czy japonkach po asfaltowej nawierzchni proponuję zmienić kierunek wakacji.

Jeśli zaś lubicie bakcyla przygody, nie straszne Wam czytanie mapy, długie, kilkugodzinne wędrowanie z plecakiem i wcinanie kanapek z widokiem na szczyty, to to jest właśnie to.

Dobre buty, zapas wody, mapa, prowiant i w drogę – a obiecuję, uczucie satysfakcji po przejściu szlaku i mnóstwa kilometrów w nogach gwarantowane!

Piękno prostoty

Tak naprawdę to co uderza najbardziej to prostota. I jej piękno. Poranna mgła otulająca drzewa lub muskająca taflę Soliny, gra kolorów na zboczach czy taniec chmur na błękitnym niebie. I to, że zamiast oglądać serial na kanapie możesz wyjść wieczorami na dwór, opatulić się w koc i po prostu gapić w rozgwieżdżone niebo mając nad sobą całą Mleczną Drogę, prawie na wyciągnięcie ręki.

Niesamowity wschód słońca nad Soliną i ta mgła!

To wszystko chociaż banalne i niby zwykłe, w Bieszczadach uderza Cię z zdwojoną siłą, podbitą nutką dzikości i jakiejś takiej tajemnicy. Wszystko jest tu proste, nieprzerysowane i zwyczajnie prawdziwe. Bez zadęcia i blichtru, bez oprószenia brokacikiem i zbędnych frazesów.

Tu nie liczą się lajki, zasięgi, biurowe ploteczki czy nieosiągnięte targety. Tu tak naprawdę masz niepowtarzalną szansę, by w otaczającej Cię ciszy zrobić coś, czego brakuje na co dzień. Wsłuchać się w siebie i na nowo odkryć Twój charakter, Twoje uczucia, Twoje emocje.  Przypomnieć sobie, że czasami to co proste, okazuje się być tym najlepszym. I w górach i w życiu.

Wiem, że Ameryki nie odkryłam, a Bieszczady to miejsce, jak każde i w sumie wiele osób było tam nie raz. A jednak mi te małe góry od dłuższego czasu chodziły po głowie i powiem szczerze, że nie tylko spełniły moje oczekiwania. Przewyższyły je na stałe zajmując trochę miejsca w moim serduchu.

Czemu? Bo to miejsce nauczyło mnie, że czasami warto odpuścić, zaufać i zdać się na to co będzie, a niepozorne sytuacje mogą Cię ponieść do świetnej przygody.

A przede wszystkim, że goniąc za przepełnionymi niesamowitością i efektami WOW scenkami i krajobrazami rodem z Instagrama czasami zapominamy, że to co proste, zwykłe często kryje w sobie prawdziwą moc i piękno.

Może się bowiem okazać, że czasami oprócz gwieździstego nieba, nic Ci więcej do szczęścia nie potrzeba 🙂

 

N.


Dobrze się bawiliście? W takim razie zapraszam na więcej: