Rockowa petarda czyli relacja z koncertu Skunk Anansie

Ktoś mnie kiedyś zagadnął czym jest dla mnie dobra muzyka. Odpowiem tak, mam gdzieś czy to death metal, art rock czy może lekkie country, tak naprawdę chodzi o  dźwięki. Te, które potrafią trafić Cię na wskroś i te, które sprawiają, że masz ciary na plecach, a serducho we wstępnym stadium palpitacji. I właśnie tym jest dla mnie muzyka Skunk Anansie –  kapeli, która jak rzadko kto w dzisiejszych czasach potrafi te emocje wygrać tak, że aż braknie tchu.

Szczerze mówiąc to nadal dudni mi w uszach i szumi w głowie. I nadal mam wielkiego rogala na buzi, chociaż od piątku, kiedy razem z tysiącem innych szczęściarzy miałam okazję stanąć ze Skin i całym zespołem twarzą w twarz, minęło już kilka dni.

Muzycy odwiedzili nasz kraj nie po raz pierwszy, a Poznań, po Warszawie, Krakowie i Gdańsku, był ostatnim przystankiem polskiej części tournée promującego najnowszy studyjny album Anarchytecture. No właśnie, dla większości ta kapela kojarzy się głównie z jednym hitem i to z lat 90-tych, ale uwierzcie mi, w swoim dorobku mają dużo dobrego mięsistego rocka i jeszcze więcej rozszalałych emocji.

Skąd ta pewność? Bo w piątek udowodnili to z niezłym przytupem! Powiem szczerze, że do końca nie wiedziałam czego się spodziewać. Sala poznańskiego Centrum Kultury okazała się nie za duża i mocno kameralna, z drugiej strony support w postaci The Pearl Harts wrzucił od razu drugi bieg jeśli chodzi o mocniejsze brzmienie, a to tylko potęgowało napięcie krążące w powietrzu.

Jak się potem okazało nie bez powodu. Punkt 21 scena rozbłysła białym światłem, a wielka czarna kotara opadła na ziemię odsłaniając muzyków. I wtedy się zaczęło. Powiem bez ogródek –  jedna wielka petarda! Już od pierwszej sekundy rozpoczynającego koncert And Here I Stand nie było wątpliwości, scena należała do Skin i tylko do niej! Wokalistka postanowiła to udowodnić podchodząc do jej krawędzi i ….rzucając się w tłum!!!! A potem było już tylko ciekawiej!

źródło: Instagram Skunk Anansie

Kolejne kawałki, które serwowali nam muzycy sprawiały, że łapy szły w górę, a gardła przy Because of You czy I Will Break You zdzierali praktycznie wszyscy. Odrobinę oddechu można było złapać przy nastrojowym Death to the Lovers, które piosenkarka zadedykowała wszystkim tym, których tegoroczne Walentynki nie były najbardziej udane. Nie trwało to jednak zbyt długo, bo w kolejce czekało już energetyczne Twisted (Everyday Hurts).

Jak na każdym koncercie miałam swoją cichą wish listę i nie musiałam zbytnio czekać, by usłyszeć My Ugly Boy, a zaraz potem ukochane Weak, przy którym nie ukrywam oczy lekko mi się spociły. Nawet nie potrafię opisać jak cholernie dobrze to zaśpiewała, po prostu majstersztyk! Nie miałam też szansy się pozbierać, bo jako następne rozbrzmiało znajome intro i I hope you’re feeling happy now…. czyli najbardziej rozpoznawalny kawałek zespołu – Hedonism, który bardziej niż przez Skin odśpiewany został przez publiczność 😉

Muszę przyznać, że przez cały koncert nie brakowało niespodzianek, a sama wokalistka robiła wszystko, by wciągać we wspólną zabawę fanów, co rusz zbiegając do publiczności, rzucając się ze sceny czy schodząc na parkiet i wspólnie wariując do pierwszego singla w całej karierze zespołu – Little Baby Swastikkka.

Warto wspomnieć również o świetnej aranżacji do utworu promującego ostatni album Anarchytecture – Love Someone Else, która totalnie zaskoczyła wszystkich obecnych na sali. Lekko klubowy bit doskonale wpasował się w czerwone lasery, które nagle zalały scenę i samą Skin, ubraną w lustrzaną kurtkę, srebrne portki i tańczącą wśród świateł niczym żywa disco kula. Przyznaję wiele osób z widowni zbierało szczękę z podłogi oglądając tę konkretną wokalistkę w takim wydaniu 😉

Kiedy koncert zbliżał się do końca miałam lekki niedosyt z powodu braku Squander, Secretly, You Saved Me czy Infidelity,  jednak przyjęłam na klatę, że zespół po ostatnim akustycznym tournée przed 3 laty, tym razem postawił na bardziej ostre brzmienie.

I tym razem, po raz ostatni tego wieczoru, czekała mnie niespodzianka w postaci bisu, gdzie obok kultowego Charlie Big Potato i Tracy’s Flow, pojawiła się piękna, bardzo emocjonalna wisienka na torcie  – akustyczne wykonanie You’ll Follow Me Down. Wykonanie, które zwaliło mnie z nóg i trafiło tak mocno, że do tej pory nie mogę się z tego otrzepać. I ten głos! Zresztą co tu dużo mówić, posłuchajcie sami:

I chociaż w Poznaniu nie było smyczków i trąbek, a za akompaniament robiła jedynie gitara, to dla mnie był to jeden z najpiękniejszych wykonów w moim życiu. A dodam, że na „kilku” koncertach udało mi się już być.

No właśnie… długo zastanawiałam się jak podsumować spotkanie z tym zespołem i chyba zatoczę koło, wracając do samego początku. Każdy w muzyce ceni coś innego, dla mnie od zawsze były to emocje i tony jakie dany utwór potrafi we poruszyć. Bo dla mnie kwintesencją muzyki jest stan, gdy ta przenika Cię aż do szpiku kości, trafiając dokładnie w te emocje, które często starasz się skryć przed całym światem, najgłębiej jak się da. I ten dreszcz poruszenia, gdy kompletnie się w tej chwili zatapiasz.

Wiem, to wszystko brzmi lekko naciąganie i zbyt idyllicznie. Wiem też, że Skunk Anansie nie jest dla wszystkich i nie wszyscy uważają, by ten zespół zasługiwał na miano gwiazd rocka.

Jeśli jednak chociaż odrobinę lubicie takie klimaty, a w duszy grają Wam gitarowe riffy, dajcie im szansę. Zwłaszcza na żywo. Możecie się zdziwić jak mocno są w stanie trafić w Was petardą muzycznych emocji.

N.


Przeczytaj także: