Porto – miasto, w które wpadniesz po uszy cz.I

Niedawno pisałam Wam o swojej definicji szczęścia. Nie ukrywam, że jedną z wielu rzeczy jakie sprawiają mi ogromną frajdę i ładują akumulatorki pozytywną energią są podróże, te małe i te duże. Stąd już od kilku miesięcy niecierpliwie przebierałam nóżkami na myśl o wakacjach.Trochę czasu zajęło nam wybranie kierunku, ale w końcu się udało. Postawiliśmy na Portugalię, krainę przepełnionego nostalgią fado, rubinowego porto, grillowanych sardynek, zapachu oceanu, mocnej kawy i przesłodkich słodkości, aż w końcu małych uliczek i zapierających dech w piersi krajobrazów.

Było też wyjątkowo pod kątem organizacji – razem z eM postanowiliśmy wszystko załatwić samodzielnie, zaczynając od lotów, przez atrakcje i plany zwiedzania, po mieszkanie, testując przy tym  na własnej skórze coraz popularniejsze AIRBNB (o wrażeniach z portalu napiszę już niedługo). Zdradzę Wam, że od dawna marzyła się Lizbona z przejażdżką żółtym tramwajem czy spacerem uliczkami Alfamy. Jednak to nie stolica, lecz Porto zostało naszym wakacyjnym domem na pierwszych kilka dni wyprawy.

Co takiego w sobie ma to miasto, że nagle nie wiadomo skąd ciągnęła mnie tam jakaś tajemna siła? Jeszcze kilka tygodni temu nie miałam pojęcia, ale wystarczyły 4 dni, a całym serduchem polecam tę miejscówkę każdemu.

Dajcie się zabrać na pełen kolorów i pachnący oceaniczną solą spacer po Porto, a udowodnię Wam, że to jedno z najurokliwszych miejsc Europy.

MIASTO MGŁY

notesfromnorthwest_porto_mgla

Zastanawialiście się skąd scenografowie i kierownicy planu wielkich hollywoodzkich produkcji biorą zawsze tę tajemniczą mgłę, pojawiającą się w mrocznych scenach? Ja już wiem! Na bank z Porto! To właśnie to zjawisko zawładnęło naszym pierwszym porankiem w tym mieście. Mleczna, przykrywająca wszystko, wijąca się wokół budynków i wzgórz tak, by przysłonić Ci co tylko możliwe. Serio…miałam poczucie, że ktoś mnie robi w balona, miało być słońce i widoczki, a tu cholerne klimaty rodem z książek Agathy Christie. Nie poddaliśmy się i pędem ruszyliśmy na plażę, której…..nie było widać! Jeśli kiedykolwiek ciekawiło Was jak to jest być w samym środku chmury, to ja już wiem. Jest biało i wilgotno. I kosmicznie.

I wtedy się zaczyna, bo Porto-mgła nie jest zwyczajna, ona żyje swoim życiem. W jednym momencie jest wokół Ciebie, by za chwilę odsłonić przed Tobą bezkresny ocean lub piękny port, z którego istnienia nawet nie zdawałaś sobie sprawy. Jest przy tym sporo zabawy, a obrazy i kadry nie do opisania.

notesfromnorthwest_porto_plaza_porto

Najlepiej (sprawdzona metoda) w taki dzień wybrać się na spacer bulwarami wzdłuż nabrzeża (Avenida Norton de Matos, Avenida de Montevideu, Avenida do Brasil, Avenida de D. Carlos) i przekonać się jaki spektakl tym razem przygotuje dla Was Atlantyk. A dla tych lubiących ciepło – najczęściej koło 12 mgła znika, a słońce zaczyna rozrabiać na całego.

MIASTO FAL

notesfromnorthwest_porto_surfing

Idąc tą trasą nie sposób nie natrafić na cudowne widoki jak z najlepszych seriali…Jeśli marzy Wam się nauka surfingu, mam świetną wiadomość – nie musicie latami odkładać na bilet do krainy misia koala, wystarczy 3.5 godzinny lot do Porto i voilà! Możecie wskakiwać na deskę i poskramiać oceaniczne fale. A co to ma wspólnego z widokami? Jedno słowo – surferzy 😀

notesfromnorthwest_porto_plaza

Czy może być coś piękniejszego przy porannym spacerze niż obserwowanie młodych mężczyzn w obcisłych piankach walczących z żywiołem i wynurzających się z wody? No i jak Drogie Panie, brzmi dobrze? Panowie nie martwcie się, na plaży z pewnością znajdziecie dla siebie równie dużo apetycznych „widoczków” 😉

MIASTO MOSTÓW

notesfromnorthwest_porto_marina

Kiedy już otrzepiemy się z emocji i ruszymy dalej, po dłuższej chwili dojdziemy do miejsca, w którym widok wbije Was w ziemię. To tu rzeka Duoro ma swoje ujście do oceanu i to tu można zrozumieć dlaczego Porto znane jest również pod nazwą  Cidade Das Pontes (Miasto mostów).

notesfromnorthwest_porto_most

Wyrastające w oddali łuki poszczególnych konstrukcji łączących Porto z sąsiednią Vila Nova de Gaia wyglądają nieco jak uśpieni transformersi, którzy wypili o lampkę porto za dużo 😉 Jest ich sześciu i kierując się w stronę centrum, kolejno macie okazję się im przyglądać.

notesfromnorthwest_porto_mosty

Swoją drogą warto wspomnieć, że dwóch najsłynniejszych Ponte Maria Pia i Ponte Luis I są autorstwa grupy Gustave Eiffel. Zbieżność nazwisk nieprzypadkowa. A patrzcie, cholery nic w filmie nie wspominali, że autoboty miały wkład w europejską architekturę 😉

MIASTO WINA I … KANAPKI

notesfromnorthwest_porto_ponte_luisnotesfromnorthwest_porto_ribeira


U stóp Ponte Luis I, łatwo mieć wrażenie, że gdzieś po drodze przenieśliśmy się w czasie.  To wszystko za sprawą malowniczych uliczek Ribeiry, najstarszej dzielnicy miasta, której mury z pewnością pamiętają niejedną scenę rodem z Gry o Tron czy Rodziny Borgiów. Tu można poczuć skąd wywodzą się korzenie Porto. To niezaprzeczalnie wino, które kusi na każdym rogu wypełnionej licznymi restauracjami i kawiarenkami Ribeiry.

Jeśli w Was również drzemie duch małego bachusa, koniecznie skorzystajcie z okazji i przejdźcie na drugi brzeg, do Vila Nova de Gaia. Tu światem rządzi porto, bo to właśnie po tej stronie miasta znajduje się większość  rodzinnych winnic i domów wina. A w nich tysiące kadzi, beczek, beczułek, beczuni i butelek, tylko czekających na degustację.

notesfromnorthwest_porto_cockburn

Nam udało się odwiedzić położone nieco wyżej Cockburn i nadal zachodzę w głowę, czy odurzyła nas tam ta niesamowita atmosfera i słodki aromat porto czy raczej cena 140 EUR za butelkę, którą chciałam kupić na pamiątkę? 😛

notesfromnorthwest_porto_winnica

Podegustacyjne wrażenia z pewnością lekko ukoi widok prosto z pocztówki czyli kultowe zabytkowe barki, które prezentują swoje wdzięki przy nabrzeżu de Gaia. Kiedyś służyły do spławiania pełnych beczek win prosto z plantacji, za to dziś uspokajają nerwy turystów, którzy odrobinę popłynęli przy zakupie tego trunku.

notesfromnorthwest_porto_barka

No dobra, ale winko wzmaga apetyt. Czas więc na tzw. must eat czyli obowiązkowy punkt kulinarnego programu podczas zwiedzania. Przed wami francesinha inaczej Porto sandwich, potrawa co najmniej zaskakująca i mega mega mega kaloryczna! To wielki tost, zapiekany z szynką, stekiem, kiełbasą, czasami dorzucają jeszcze kurczaka, a to wszystko w topniejącym żółtym serze, podane z ostrym sosem winno-pomidorowym, frytkami i uwaga, zamiast wisienki na czubku – z jajkiem sadzonym. Serio, długo się zastanawialiśmy, co trzeba mieć w głowie, żeby wymyślić takiego giganta 🙂

notesfromnorthwest_porto_porto_sandwich

Po takiej uczcie czas na zasłużoną siestę i lekką regenerację – to po winku 😉 Mam nadzieję, że dobrze się bawicie. Jeśli tak, wypatrujcie uważnie drugiej części mojego subiektywnego przewodnika po Porto, który pojawi się na blogu już niedługo. Piszcie koniecznie o Waszych wrażeniach, a tymczasem tchau!

N.


Przeczytaj także: