Parę słów o życiu poza kanapą :)

Dziś nie będzie rozpiski, żadnych list czy punktów. Podczas weekendu miałam okazję kibicować ponad 3000 dzielnym osobom i podziwiać ich ogromną siłę woli w pokonywaniu słabości i przekraczaniu własnych granic podczas Szczecińskiego Półmaratonu.
Miałam przyjemność poznać osoby, które potrafiły zamienić swoją największą pasję w sposób na życie swoje i swoich najbliższych, a na końcu miałam małą zwariowaną przygodę w środku lasu. To wszystko sprawiło, że tym razem, zamiast konkretów, będzie odrobinę inaczej.

Marzenia o fajnym życiu

Zacznijmy jednak od początku.. praktycznie każdy zna sentencje typu Carpe Diem, Żyj chwilą, Ciesz się życiem. Bla bla bla możecie powiedzieć, jednak większość ludków co roku przyrzeka sobie, że teraz to już naprawdę będzie brać z życia więcej.

Oglądając piękne zdjęcia uśmiechniętych znajomych i znajomych swoich znajomych na fejsie, obiecuje sobie w duchu, że też zacznie żyć aktywniej/skakać dalej/biegać szybciej/kochać mocniej/ jeździć na urlop tylko tam, gdzie ciepło i jeść tylko produkty o obniżonej zawartości tłuszczu.

Nakręcają się na zmiany, a potem…potem wpadają w wir codzienności. Praca (uczelnia lub praca i uczelnia), dzieci, pies, kot, dom, zakupy, pranie, sprzątanie, tu trzeba gdzieś podjechać, tam podskoczyć, wiecznie coś. A na koniec padają na poduszkę i modlą się, żeby rano ten piekielny budzik zadzwonił odrobinę później.

… kontra rzeczywistość

Z tego wszystkiego, jak już człowiek ma chwilę dla siebie, to co robi?

A tu komputerek i ploteczki na Pudelku, a to Na Wspólnej bo przecież już tyle lat ogląda, to przecież warto wiedzieć co u Brzozowskich słychać, a tam konsola stoi to popyka w FIFę, ale jeden meczyk – obiecuje tylko jeden! Zresztą do 20-tej trzeba skończyć bo się Liga Mistrzów zaczyna, browarek się chłodzi, a chipsy same się nie zjedzą 😉

A tak w ogóle to jest wypomopowany/a całkowicie i nic się nie chce. W ogóle totalnie nic się nie chce i tak jakoś czas sam przez palce ucieka, no bo niby nic szczególnego się nie robi, a tu jak przyjdzie piątek popołudnie to CYK! i się nagle okazuje, że już niedzielny wieczór mija, a przecież były taaaakie plany! I tak tydzień za tygodniem, jakoś miesiące uciekają i już znów lato, jesień, zima, kolejne lata przelatują jak w filmie. Wiem, znam to wszystko doskonale.

Nasuwa się tylko jedno pytanie. Czy tak wygląda życie? Na tym to wszystko polega? To jakim cudem inni ciągle mają jakieś przygody, uśmiechnięte mordki lub snują kolejne czaderskie opowieści podczas spotkania przy piwie? Im to dobrze, pewnie nie muszą prać/prasować/wychowywać dzieci i na bank potrafią zaginać czasoprzestrzeń, dlatego mają na to wszystko czas!!! Tak jest na milion procent! 😛

Łap możliwości

A może po prostu chcą? Chcą mieć i chcą znaleźć czas, a przede wszystkim mają tego małego diabełka pod skórą, który sprawia, że im się po prostu chce mieć ten czas 🙂 Każdy z nas i to jest naprawdę cholernie sprawiedliwe, codziennie dostaje dokładnie te same 24 godziny, a co z nimi zrobi zależy tylko i wyłącznie od niej i od niego.

Dlaczego uderzam w pompatyczne tony i o tym wszystkim przynudzam? Bo mnie ta nasza ludzka przypadłość trochę uwiera. My straszliwie lubimy jęczeć i się udręczać. A odpowiedź jest piekielnie prosta. Jeśli chcesz robić fajne rzeczy, po prostu je rób.

To nic trudnego, wystarczy wyjść na spacer i nie musi to być bieg na orientację w Pirenejach, ale plotki na Bulwarach nad Odrą, gdzie złapiesz oddech, pogadasz z przyjaciółką i jeszcze załapiesz się na piękny zachód słońca.

Chcesz przeżyć mega zastrzyk pozytywnej energii? Przyjdź na bieganie z pieskami ze schroniska, kondycji nie musisz mieć, a dostaniesz porządnego kopniaka endorfin i przy okazji zrobisz coś dobrego.

Lubisz filmy/muzykę/książki/języki obce? Od ilości spotkań tematycznych w większości miast aż może zakręcić się w głowie, a do tego często są zupełnie za darmochę. I jeszcze się można „dokulturnić”:)

Możliwości są niezliczone, wystarczy po nie sięgnąć.

Puenta z kopyta

No dobrze, ale do czego zmierzam w tych swoich przemyśleniach… Otóż w ostatni weekend, jednym z planów była zwykła wycieczka rowerowa. Chociaż po drodze pojawiło się kilka przeciwności, a to grafik trochę napięty, a to to, a to tamto, nie dałam za wygraną i w końcu dwa kółka poszły w ruch. Trasa była prosta (jak wspominałam kiedyś orłem kolarstwa nie jestem!) i prowadziła głównie leśnymi ścieżkami.

Po jakiś 15 minutach, wyjechaliśmy z lasu i powoli zaczęliśmy jechać wzdłuż rozłożystej łąki. Wiatr we włosach, słonko ogrzewa twarze, zapach sosen w powietrzu, a tu nagle, coś co sprawiło, że zamarłam. Przed nami na drogę, jak gdyby nigdy nic, wkroczyły dwa przepiękne, białe konie i przyglądając się nam, stwierdziły, że w dobrym tonie będzie się przywitać – twarzą w twarz (pysk) 🙂

Może nie będę przytaczać szczegółów tej historii oraz intensywności przeżyć jakie temu towarzyszyły, dodam tylko, że było ich sporo.

Jednak to co najważniejsze nastąpiło następnego dnia. Dopiero wtedy, oglądając zdjęcia, jakie udało mi się zrobić, dotarło do mnie, że to jest to! konie

To ten moment – tu i teraz!

To są właśnie te chwile, dla których warto żyć, momenty, które się już pewnie nie powtórzą, a które zapamiętam do końca życia.

Czy jeszcze kiedyś biały rumak będzie chciał mi dać buziaka skubiąc mój hamulec u roweru? Nie mam pojęcia! To te małe wydarzenia, które składają się na Twoje własne, wyjątkowe wspomnienia, z których potem czerpiesz radość i energię do dalszego działania.

W moim przypadku dostałam podwójnego kopa, bo czy jest coś piękniejszego, niż spełnienie swojego marzenia z dzieciństwa? Wprawdzie nie było to stado dzikich koni biegnących po plaży, ale dwie piękne klacze na słonecznej łące, w prawdzie nie wskoczyłam na oklep i nie galopowałam wzdłuż morza, a tylko odbyliśmy bliskie spotkanie oczy w oczy na odległość końskiego oddechu (serio!), ale i tak to sobotnie popołudnie zagości w moim serduchu chyba już na zawsze.

I właśnie o to w tym wszystkim chodzi…

Gdybym została w domu, gdybym stwierdziła, że mi się nie chce, gdybym poddała się tym wewnętrznym głosikom, które tak często podpowiadają nam „Ale po co? Przecież tu na kanapie jest tak wygodnie! Popatrz masz taki fajny telewizor, pooglądajmy coś, zostań!”, to wszystko nigdy by się nie wydarzyło, a ja, nawet o tym nie wiedząc, nie miałabym szansy spełnić swojego marzenia.

Bo w sumie największym wyzwaniem dla siebie jesteśmy my sami, niezależnie czy radość znajdujemy w tym, by się przełamać i iść rano biegać, gdy wszyscy inni śpią po sobotniej imprezie, czy w wielogodzinnym malowaniu obrazu chociaż rękę mamy jeszcze niepewną, czy też w próbowaniu swoich sił w samodzielnym struganiu mebli, eksperymentach kulinarnych serwowanych rodzinie albo spędzaniu każdej wolnej chwili na działce na uprawianiu ekologicznych warzyw.

Najważniejsze jest to, byśmy sami dla siebie ten czas znaleźli i skupili się, no właśnie, na sobie i tym co nam sprawia największą frajdę. Bo w sumie, koniec końców, po ciężkiej pracy, morzu stresu i nerwów, należy się każdemu z nas porządna dawka pozytywnego turbo doładowania!

Nie można tylko czekać, że ktoś zrobi to za nas. Trzeba wstać z kanapy i zaaplikować ją sobie samemu. Wiem na własnym przykładzie, że najtrudniej jest ruszyć 4 litery i zrobić ten pierwszy krok, przez próg własnego domu, ale w końcu:

Istnieją tylko dwa dni w roku, w których nic nie może być zrobione. Jeden nazywamy wczoraj, a drugi jutro. Dzisiaj jest właściwy dzień, aby kochać, wierzyć i żyć w pełni.
Dalai Lama

 

N.


Jeśli trafiłam w punkt zostaw lajka i zerknij na inne fajne posty: