O własnych granicach i jęczybułach

W minioną niedzielę miał miejsce bieg Wings for Life, będący jednocześnie piękną inicjatywą i genialnym pomysłem na zjednoczenie miłośników sportu w słusznej sprawie.

Każdego roku tysiące ludzi na całym świecie startuje o tej samej godzinie, by biec w imieniu tych, którzy pobiec nie mogą i jednocześnie zbierać fundusze na badania dotyczące leczenia przerwanego rdzenia kręgowego.

Nie wiem jak Was, ale mnie takie akcje poruszają do szpiku kości, bo to te nieliczne chwile kiedy widać, że poza Kardashiankami czy komciami na fejsie, są jeszcze w nas ludziskach porządne wartości i chęci, by razem zdziałać coś dobrego.

Jak Ninja

Niestety mój poziom biegowy od lat nie ulega zmianie i nadal oscyluje w granicach początkujący beginner/walcząca z kolką, więc nie do końca  czuję się na siłach, żeby startować w Poznaniu (polska edycja biegu odbywa się w tym mieście od 4 lat). Nie oznacza to jednak, że taka ze mnie lama – postanowiłam w tym roku dołączyć do wyzwania w sposób wirtualny.

Niczym internetowy ninja jednym ruchem pobrałam aplikację Wings for Life i zapisałam się na listę startową, a potem już tylko czekałam…. Apka to genialne rozwiązanie i możliwość udziału w tej cudownej imprezie bez konieczności bycia w konkretnym mieście. A zabawa nadal taka sama – też masz ścigające Cię auto – w prawdzie wirtualne, ale spieprzać nadal trzeba 🙂

Po co o tym wszystkim piszę?

Bo pierwsze uderzenie przemyśleń przyszło w niedzielę chwilę po 13, kiedy aplikacja krzyknęła do mnie Go!. Momentalnie zaczęłam podrzucać swoje oponki w rytm poruszających się nóg,  przemierzałam kolejne metry w asyście dzielnego pieseła i słuchałam rozpoczynającej się relacji na żywo z poszczególnych lokalizacji biegu na całym świecie.

Powiem szczerze – dawno czegoś takiego nie miałam. Po jakiś 15 minutach stanęłam, bo zabrakło mi tchu. Nie, tak słaba nie jestem, po prostu najzwyczajniej w świecie zabrakło mi tchu, bo się poryczałam. Dorosła baba rycząca w środku lasu, bo się wzruszyła. Scena żywcem wyjęta z Nic śmiesznego i do tego wilcy jakieś biegające wokół mnie i patrzące czy pańcia jeszcze ogarnia czy już kompletnie coś z nią nie tak.

 Prawda między oczy

Tylko jak tu się nie wzruszyć kiedy truchtasz sobie leśną ścieżką w lekkim słonku i generalnie myśli już wędrują Ci w kierunku leżaczka  i drinka w łapie, gdy  nagle słyszysz, że na starcie w Poznaniu właśnie pojawiła się grupa kilkunastu osób o kulach, dla których każdy krok to wyzwanie.

W Holandii ponad 70-letnia kobieta na wózku, która chce udowodnić, że chcieć to móc, a po drugiej stronie oceanu zaledwie 19-letni chłopak, który jeszcze niedawno nie wiedział, czy wybudzi się ze śpiączki po tragicznym wypadku.

A oprócz tego kilkadziesiąt tysięcy pełnych pozytywnej energii ludzi, którzy chcą się nią podzielić  i pomóc.

To właśnie ten moment, gdy dociera do Ciebie, w jak beznadziejnie dobrej sytuacji się znajdujesz.

Chcesz biec – biegniesz, chcesz zapleść nogi za głowę- śmiało próbuj, chcesz szaleć na rolkach- droga wolna! A Ty jeszcze potrafisz być jęczybułą, bo fajnie jakby Ci się tak chciało jak się nie chce i w ogóle ciężko tak jakoś w tym życiu… I żeby była jasność, nie tylko o bieganie tu chodzi.

Wymówki zamiast harówki

Gdy tak słuchałam kolejnych relacji stwierdziłam, że nieźli z nas hipokryci. Tak, z nas wszystkich, zdrowych i w pełni sił. Jak często swoje wybory i działania, a raczej ich brak ozdabiamy milionem wymówek? Dla podkreślenia efektu dorzucamy trochę narzekania i obowiązkowo złej karmy – bo to suka i się na nas uwzięła, a przy tym wszystkim tak się nakręcamy, że umyka nam jedno.

Jak wiele mamy już na starcie. Mamy zdrowie, dwie ręce i dwie nogi, możliwość totalnej swobody ruchu bez grymasu bólu na twarzy i walki o każdy krok. To zajebiście dużo.

Tylko…narzekanie jest łatwiejsze w formie. Zamiast codziennej walki, konsekwencji, odrobiny poświęcenia i często chwili wątpliwości, wolimy wymyślać kolejne powody,  przez które nasz piękny cel spieprza nam sprzed nosa.

Czemu? Bo tak wygodnie, bo nie trzeba się silić i spinać pośladów, bo i tak nam się nie uda i to też będzie wina wszechświata. Przecież to nie przeze mnie rower zarósł kurzem, po prostu jakoś pogoda od 3 lat mało stabilna, szef się rzuca bo obiecałem 2 lata temu podciągnąć angielski, a to ten cholerny Angol w liceum mnie zraził,  a w ogóle to życie jest do dupy bo wszyscy gdzieś ciągle znikają na fitness, na biegi, na kursy, a ja czasu na to nie mam. Przecież o 20.15 leci na Wspólnej, to nie zdążę do domu wrócić.

Bo tak naprawdę każdy powód jest dobry, by nie ruszyć z miejsca, a swoje podboje i zmiany skończyć na …gadaniu przy piwie. Po prostu łatwiej być jęczybułą.

Własne ograniczenia

Tylko…. Skoro oni mogą, o kulach, na wózku, w deszczu i w upale, po przejechaniu połowy kraju, żeby tylko być w danym miejscu,  to co mnie powstrzymuje? Dlaczego muszę ciągle trząść dupą i szukać wymówek przed każdą zmianą skoro jestem zdrowa i w pełni sil?  Odpowiedź jest prosta.

To co mnie ogranicza to tylko ja sama, jakiś dziwny strach, żeby czasem nie wejść na nieznany grunt, a może  i, trzeba to przyznać, mój sam wewnętrzny len?!

Bo kiedy ja stoję w miejscu i po raz kolejny roztrząsam, że pewnie nie warto bo się nie uda lub szukam pretekstu, żeby nawet nie spróbować, nagle przychodzi ktoś, kto teoretycznie mógłby mieć o milion wątpliwości więcej niż Ty i ja razem wzięci  i rozpierdziela system.

Prawda boli, ale to kwestia wyboru.  Kwestia czasu i chęci, które trzeba znaleźć w sobie samym.

Szlaban na granicy

Granice ustanawiamy sobie sami i tylko my jesteśmy w stanie je przesunąć. Nikt i nic za nas tego nie zrobi, bo tę robotę musimy wykonać we własnym zakresie. Ciężko? Boleśnie? Z pewnością, ale jak już zdamy sobie z tego sprawę  i zaczniemy, to nic nie jest w stanie nas zatrzymać. I to nie tylko w bieganiu, ale w każdej, każdziuteńkiej dziedzinie życia.

I po to właśnie są tak piękne wydarzenia jak Wings for Life. By nam o tym przypomnieć i pomóc nam docenić, jak wiele już mamy na starcie. Warto o tym pamiętać i nie zmarnować szansy, a wtedy bieg przez życie może przynieść niesamowite efekty.

 

Myślicie, że przedawkowałam kołcza Majka i pieprzę głupoty o pokonywaniu własnych granic?

Być może, ale jeśli to bzdura to powiedźcie to Aronowi Andersonowi – 29-letniemu Szwedowi, który pokonał ponad 92 km na zwykłym wózku inwalidzkim w 40 stopniowym upale i ustanowił nowy rekord biegu!

Miał pełne prawo, by zostać w domu i być jęczybułą, tylko, że ten facet zamiast tego wybrał walkę.

źródło: Instagram @aronanderson

 

I żeby była jasność – ktoś może wysnuć wniosek, że czepiam się jęczybułek, a sama ledwo nadążam za własnym psem i żadna ze mnie sportsmenka. Tak, jestem cieniasem sportowym, ale z każdym przebiegniętym kilometrem moja wewnętrzna jęczybuła dostaje cios z pół obrotu, a mi w jakiś dziwny sposób rośnie wskaźnik siły do przesuwania własnego szlabanu z napisem TU SIĘ KOŃCZY TWOJA STREFA KOMFORTU.  

I właśnie tego Wam dzisiaj życzę.

 

PS. Wszystkim biegaczom i wolontariuszom, którzy postanowili tę niedzielę spędzić na Wings for Life, wielkie wielkie gratki – inspirujecie i jesteście boscy!

N.

wykorzystane zdjęcia pochodzą ze strony www.wingsforlifeworldrun.com


Jeśli spodobał Ci się ten post daj kciuka w górę i zerknij na inne, fajne wpisy: