O białym szaleństwie inaczej

Ten wpis planowałam dość długo. Miał być wprowadzeniem do nowego, mocno aktywnego cyklu, który obiecałam w Podsumowaniu 2015 z okazji pierwszych urodzin NorthWest. Wszystko skrzętnie zaplanowałam, ale nie wzięłam pod uwagę zdarzeń losowych. I tak oto, spędzając z przyjaciółmi super chwile na czeskich stokach i ładując baterie przed nowym blogowym wyzwaniem, porządnie wyrżnęłam, unieruchomiłam jedną z kończyn i plan wziął w łeb! Ale od początku….

Od dziecka uwielbiam góry, zarówno latem jak i zimą. Miałam to szczęście, ze dorastając mieszkałam zaledwie 3 godziny drogi od pierwszych stoków, dzięki czemu często całą rodziną weekendy spędzaliśmy szlifując hamowanie pługiem na Puchatku lub zwiedzając trasy narciarskie u sąsiadów Pepiczków. Czy zatem jeżdżę wyczynowo? Raczej bym tak tego nie nazwała. Ponad 10 lat spędzonych „nad morzem” robi swoje 😉 Mój styl to raczej średnio-wypoziomowane zjeżdżanie klasyczne z lekką tendencją do machania kijkami w sytuacjach stresogennych.

Nie umniejsza to jednak w żadnym stopniu poziomu zabawy i pozytywnego zmęczenia po całym dniu na nartach. Najważniejsza bowiem w tym sporcie jest atmosfera, ta super energia, która płynie od ludzi wokół Ciebie, nieważne czy jeżdżących zawodowo czy dopiero stawiających pierwsze kroki. Jasne zawsze znają się jakieś oszołomy, które myślą, ze stok należy tylko do nich, ale tak jest w każdym sporcie i na szczęście są to nieliczne wyjątki. Większość to pozytywni i sympatyczni, mega kolorowo ubrani ludzie, którzy tak jak Ty cieszą się chwilami długo wyczekiwanych ferii/urlopu/przerwy semestralnej.

Niestety w takich okolicznościach, przy tak zintensyfikowanym poziomie endorfin łatwo  o nieszczęście. Tłum spragniony białego szaleństwa, często kapryśna aura (zbyt małe naśnieżenie, oblodzenie) i ciągle zbyt mała ilość tras w stosunku do zainteresowania sprawiają, że czas zabawy może skończyć się dość nieszczęśliwie i …boleśnie.

gory2W moim przypadku wystarczyła sekunda nieuwagi, a może bardziej splot niefortunnych mikro zdarzeń i upadek gotowy. Efekt? Mnóstwo strachu plus skręcona, obita lewa ręka z naciskiem na łokieć i temblak z longetą na 2-3 tygodnie.

Nie zrozumcie mnie źle, w moim podejściu do nart nic się nie zmieniło…wróć, a może jednak.

Nie zmieniła się sympatia do tego sportu, to z pewnością. Za to mój wypadek uświadomił mi jedno. Jak mało potrzeba, by wydarzyło się nieszczęście i jak często jest to kompletnie niezależne od nas. Nieważne czy jeździsz po mistrzowsku, czy robisz piruety na swojej desce,  czy ledwo odpychasz się kijkami od podłoża – Ty też możesz oberwać na stoku. Równie dobrze oberwać może Twój partner, żona, synek lub córeczka.

Większość osób reaguje typowo:

„ Co ty gadasz? Tyle lat jeżdżę, nigdy mi się nic nie stało”

„ Nie umiesz nie jedź, ja wiem co i jak, także jestem bezpieczny”

„ Jeżdżę powoli, bez szaleństw, to co mi się może stać?”

Z drugiej strony, jak się zastanowić, czy czasem nie jest tak, ze prawie każdy z nas zna kogoś, kto miał bliskie zderzenie ze stokiem/deską/innym narciarzem? Właśnie!

No dobra, ale po co Was tym wszystkim zamęczam? Może chcę się wyżalić, bo siedzę sama w domu na L4 i gapię się w ścianę? No nie do końca. Chociaż przyznaję, stukanie pojedynczych literek na klawiaturze w tempie 3 litery/min pochłania sporo wolnego czasu, gdy tekst piszesz jedną i to nie wiodącą ręką 🙂

Jaki zatem mam cel?

Wyciągnąć wnioski z własnej „przygody” i  dać Wam kopa z samoświadomości. Nie jesteście w stanie przewidzieć czy coś złego przydarzy się podczas Waszego zimowego wypadu i nie chodzi o to, by się tego bać. Sęk w tym, by maksymalnie się zabezpieczyć, gdyby podstępny los chciał Wam coś takiego zaserwować.

Jak?

Kask

Wiem, to dość kontrowersyjny temat zwłaszcza dla Pań, no bo psuje fryzurę, gniecie w głowę i do tego ciężko się do niego przyzwyczaić. Straszneee. Powiem tak, jak gruchnęłam o ziemię, to przez dobrą  chwilę ciężko było mi nawiązać kontakt z otaczającymi mnie ludźmi i co rusz robiło mi się ciemno przed oczami. Sporo później zobaczyłam, że mam dwie rysy na kasku. Gdyby nie on, miałabym je teraz na czubku głowy zamiast rudych włosów. Także jeśli zabierasz ukochaną/ukochanego na romantyczny weekend na stoku, wciśnij na jej/jego śliczną głowę porządny kask. W końcu to przecież Twój Skarb i musisz o nią/niego dbać.

Karta EKUZ

Co to takiego? To Europejska Karta Ubezpieczenia Zdrowotnego, którą można śmiało posługiwać się na terenie całej Unii Europejskiej. Ten mały kawałek plastiku poświadcza, że macie prawo do świadczeń zdrowotnych w placówkach publicznych i często w nagłych wypadkach może Wam uratować skórę, a do tego kartę wyrabia się za darmo. Wystarczy wypełnić wniosek i złożyć go mailowo lub w odpowiedniej placówce NFZ, a karta zostanie wydana od ręki (w placówce) lub przyjdzie pocztą w przeciągu zaledwie kilku dni. Jeśli już taką kartę posiadacie, warto sprawdzić do kiedy jest ważna, gdyż są one wydawane na okres do 6 miesięcy. Więcej na ten temat znajdziecie TUTAJ.

Polisa

Smutne jest to, ze większość z nas pakując torby na zimowy wypad, obok sprzętu, pamięta o szeregu takich rzeczy jak lądujący w plecaku kijek do selfie, obowiązkowy tablet czy najmodniejsza w tym sezonie kiecka na wieczorne tańce, za to zapomina o podstawie jaką powinna być polisa. Niestety nadal tylko nieliczni z nas wykupują przed wyjazdem pakiet ubezpieczenia od sportów zimowych, który jest idealnie skrojony pod potrzeby narciarzy i snowboardzistów. To dość śmieszne, bo taki pakiet na kilkudniowy wyjazd kosztuje naprawdę przysłowiowe grosze i możemy go wykupić w większości wiodących firm ubezpieczeniowych, u swoich opiekunów ubezpieczeniowych lub w biurach podroży. Formalności trwają mniej niż 5 minut, a za cenę zestawu Big Maca, z frytkami i Colą* zapewniamy sobie pełną obsługę medyczną, w tym, w razie konieczności, transport helikopterem.

Co więcej, zgadnijcie jakie pytanie padło jako pierwsze, gdy pojawili się przy mnie czescy ratownicy?

No właśnie:

Dobrý den, ubezpieczona?

I tutaj niespodzianka, a dla większości może i szok. W momencie wypadku poszkodowany przewożony jest najczęściej do najbliższej placówki medycznej. Dopiero na miejscu okazuje się, że często jest to placówka niepubliczna, nie powiązana z państwową służbą zdrowia danego kraju. Wtedy też następuje chwila prawdy. Jeśli jest ubezpieczony musi okazać stosowny dokument i skontaktować się ze swoim ubezpieczycielem w celu weryfikacji. Jeśli nie, musi zacząć liczyć jaką gotówką w portfelu dysponuje.

Oszołom na trasie

Powiem krótko. Gdy tylko widzicie taką osobę na stoku, nie ma co się z nią mierzyć. Najlepiej zatrzymać się gdzieś z boku i kulturalnie typka puścić przodem. Jeśli lubi jazdę na krawędzi życia i śmierci, spoko, byle dalej od Was i Waszych zdrowych rąk i nóg.

Grzane winko

Uuuu! Tutaj temat jest dość śliski. Przyznaję bez bicia i z pewnością nie będę w tej opini osamotniona, nic nie smakuje lepiej po kilku godzinach jazdy jak aromatyczny kubeczek grzańca, pity z widokiem na piękne góry. Wszystko jednak ma swój umiar i jeśli macie ochotę na więcej niż 2 kubeczki, warto zjechać na dół i imprezę dokończyć po odpięciu nart czy deski. Zwłaszcza, że (o czym przekonałam się na własnej skórze) w razie wypadku adnotacja o tym, czy osoba jest „pod wpływem” umieszczana jest w dokumentacji medycznej. Dla wyjaśnienia – ja miałam Alkohol negativni 🙂

gory4

Na koniec kilka cennych uwag, które w razie potrzeby pozwolą Wam zaoszczędzić sporo czasu i zbędnego stresu:

  • Weźcie ze sobą na stok jakikolwiek dokument tożsamości, jak dowód osobisty czy legitymacja szkolna. Jest on niezbędny do okazania w placówce medycznej.
  • Dobrze jest mieć przy sobie kopię polisy. Jeśli nie w wersji papierowej, warto zrobić jej zdjęcie i zapisać na telefonie.
  • Do telefonu dobrze jest tez wpisać numer alarmowy, który ubezpieczyciel wskazuje jako właściwy do kontaktu w razie wypadku. Uwierzcie mi, jest to znaczne ułatwienie i nie będziecie musieli potem nerwowo szukać go po stronach www, tak jak ja 🙂
  • Pewnie o numerze ICE nie muszę już wspominać, ale co tam. ICE to skrót od In Case of Emergency czyli W nagłym wypadku. Pod tym hasłem należy wprowadzić do telefonu osobę lub osoby (ICE1, ICE2, itd.), z którymi w razie wypadku będą mogli skontaktować się ratownicy nie tylko w celu powiadomienia, ale i uzyskania dodatkowych informacji (przebyte choroby, alergie). Program ICE jest obecnie znany praktycznie na całym świecie, dlatego warto wprowadzić takie dane do swojego telefonu, nawet jeśli zamiast ośnieżonych stoków wolicie ciepłe wyspy.

 

Kochani, mam nadzieję, że po lekturze tego tekstu nie zamkniecie swojej deski snowboardowej głęboko w piwnicy lub nie porzucicie raz na zawsze planu nauki jazdy na nartach. Nie o to mi chodzi. Prawda jest taka, jakkolwiek by na nią nie patrzeć, że wypadki po prostu się zdarzają. Od nas jednak zależy czy los rzucający nam wyzwanie zaskoczy nas w gatkach czy w zbroi Samuraja gotowych do walki 😉

Zatem, tym, dla których sezon zimowy jeszcze trwa życzę przed wszystkim dużo świeżego śniegu i braku lodu pod nim, pięknych tras i całych kończyn! Bawcie się aktywnie, pozytywnie i bezpiecznie!

Ściskam mocno, chociaż na razie tylko jedną ręką.

N.

 

*- za polisę ubezpieczeniową PZU Wojażer na okres 4 dni zapłaciłam 30,30 PLN/osobę.


Zerknij także na posty: