Mental Revolution czyli relacja z koncertu Indios Bravos

Nowy rok nabiera rozpędu i czas najwyższy otworzyć tegoroczny kalendarz koncertowy, tym bardziej że była ku temu nie lada okazja. W ostatni piątkowy wieczór w szczecińskim Słowianinie zebrali się wszyscy, którym w sercach rozbrzmiewają pozytywne rytmy rockowego reggae. Dlaczego? By w prawdziwie indiańsko szaleńczym stylu pożegnać jeden z najbardziej nietuzinkowych zespołów na polskiej scenie – Indios Bravos.

Tak, chociaż z tą informacją wielu fanów nadal nie może się pogodzić , to powstała w 1997 roku formacja postanowiła na bliżej nieokreślony czas zawiesić działalność. By jednak nieco osłodzić przyjęcie tej decyzji, postanowili wyruszyć w pożegnalną jesienno-zimową trasę koncertową po całej Polsce. Na mapie nie mogło zabraknąć naszego miasta, czyli rodzinnych stron Piotra Banacha, założyciela zespołu.

Indios Bravos nie należy do grup, o których głośno jest w mediach czy na portalach plotkarsko-towarzyskich, wręcz przeciwnie. Wieści o ich koncertach często rozprzestrzeniają się pocztą pantoflową (czytaj Facebook ;))lub dzięki małej pomocy lokalnych stron www. Podobnie było i tym razem, a jednak rzesza fanów jaką zobaczyłam, gdy tuż przed 20 zjawiłam się pod klubem, przerosła moje najśmielsze oczekiwania. Tak długiej kolejki do wejścia, chyba jeszcze nigdy nie dane mi było spotkać przy Korzeniowskiego 7. Nic dziwnego, skoro wszystkie bilety rozeszły się w tempie istnie ekspresowym!

I chociaż na dworze było potwornie zimno, kolejka ciągnęła się w nieskończoność, a na koniec w szatni zabrakło numerków i wszystkie zimowe opatulańce trzeba było wziąć ze sobą, to gdy wreszcie po 40minutach wbiegłam na salę i usłyszałam Gutka, wiedziałam, że to będzie udany wieczór!

Niestety dla mnie i znacznej grupy osób, które utknęły przed Słowianinem, koncert już trwał w najlepsze,  także zarówno miejscówki pod samą sceną jak i te odrobinę dalej, w przedniej części sali, dawno już zostały zajęte. Na szczęście organizatorzy zadbali o wszystko i na ścianie umieścili telebim, na którym na żywo i nieco bardziej z bliska można było obserwować wszystko co dzieje się na scenicznych deskach.

A było na co patrzeć, a przede wszystkim czego słuchać! Zespół w pełnym składzie, dawał z siebie 120%, a sam Gutek porywał tłum do wspólnej zabawy przy każdym kolejnym numerze 🙂 Nie da się zresztą ukryć, że na koncercie podsumowującym cały dorobek grupy trudno było o utwór, który nie wywołałby euforii publiczności. Po prostu nie sposób było ustać w miejscu, a nóżki same rwały się do tańca! No bo jak tu być niezruszonym, gdy ze sceny słychać A kiedy dnia pewnego, Mental Revolution, To co czujesz, Wolna Wola, czy Jego piosenkę o miłości.

Dodatkowym kąskiem dla wszystkich miłośników kapeli były zabawne anegdotki czy historyjki, wtrącane pomiędzy kolejne piosenki przez Piotra Banacha. Zresztą Banach, jak na prawdziwego muzyka z krwi i kości przystało, przygotował dla fanów coś specjalnego. Razem z fenomenalnym perkusistą Lechem Grochalą, zaserwowali czaderski pokaz bębniarskiej improwizacji, wprowadzając publikę w istny trans! Trzeba przyznać, że synchronizacja obu była klasą samą w sobie.

Nie dziwi zatem fakt, że gdy zespół po 2 godzinnym koncercie żegnał się z publicznością i opuszczał scenę, fani nie chcieli ich tak łatwo wypuścić. A i samych muzyków nie trzeba było długo namawiać do powrotu 😉 Tak właśnie zaczął się gorący bis, a mówiąc dokładniej dwa bisy, trwające prawie godzinę! I tym razem Indios Bravos nie zawiodło i wśród wykonanych utworów (m.in. Lubię to czy Kamyk) pojawiła się niemała niespodzianka –jeden z najbardziej znanych hymnów młodych niepokornych  czyli Another Brick in the Wall Part II Pink Floyd. Powiem szczerze, że Gutek w roli Rogera Watersa wypadł naprawdę dobrze 🙂

Ostatniej kompozycji koncertu nie trzeba było nikomu przedstawiać. Gdy na sali rozbrzmiały pierwsze dźwięki Czasu spełnienia, gardła publiczności „poszły w ruch”. Ale to nie wszystko, tym razem to fani postanowili zaskoczyć zespół i w jednym momencie w górze znalazło się kilkadziesiąt kolorowych kartek z napisami Gutek, Banach, Poczekamy, poruszających się w rytm największego przeboju grupy. Chłopaki nie kryli wzruszenia, gdy cały Słowianin śpiewał a capella ile sił w płucach: A ja nie chciałbym tak po prostu po prostu przeminąć prze kilka dobrych chwil.

I chociaż koncert miał charakter pożegnalny, na scenie nie zabrakło ostatniego indiańskiego tańca w wykonaniu niezawodnego Kaprysa oraz uścisków i podziękowań od fanklubu, to opuszczając klub nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że wszyscy wokół wracają do domów przepełnieni pozytywną energią i z przekazem, którym powinniśmy kierować się w życiu. Ba! Jestem wręcz pewna, że nie tylko ja jeszcze długo po piątkowym koncercie nuciłam po nosem:

muszę ruszyć z miejsca, pójść na spotkanie własnego spełnienia…..

Więc spleć palce z moimi palcami i chodź prowadź i daj się prowadzić tam gdzie czeka nas czas, dobry czas, tam gdzie czeka nas czas, dobry czas spełnienia, czas spełnienia, czas spełnienia, czas spełnienia, czas spełnienia…..

A sam zespół? Mam nadzieję, że owe spełnienie znajdzie i ….jeszcze o nich usłyszymy 🙂

N.


 

źródło zdjęcia: materiały promocyjne zespołu