Inny wymiar i turbo szczęście czyli relacja z koncertu Coldplay

Znacie to uczucie, kiedy wybieracie się gdzieś i czujecie, że będzie dobrze? Miałam podobnie, kiedy w zeszłą niedzielę jechałam na koncert Coldplay. Okazało się, że dobrze nie było – było o niebo lepiej!

Wieczór totalnie przerósł moje oczekiwania i wyrwał koła po całości, tak że jeszcze teraz kiedy to piszę, czuję, że jestem na coldplayowym haju. I wcale nie chcę z niego zejść, bo może i chłopaki są dla niektórych zbyt pełni pozytywnych emocji, ale do cholery,  czy nie tego od czasu do czasu nam trzeba?

To, że lubię muzykę nie jest żadną nowością, podobnie jak fakt, że potrafię pojechać daleko i wydać sporo na koncerty zespołów, które uwielbiam. Na ten konkretny czekałam kilka lat i było warto, bo chociaż nadal nie do końca wierzę w to co mówię, to ten czerwcowy wieczór przebija wszystkie dotychczasowe koncerty, na których byłam. A było ich naprawdę sporo.

Jasne, niektórzy mogą zarzucić, że dzisiejsza twórczość zespołu mocno odbiega od ich początkowych nagrań i bliżej jej do skocznego popu niż melancholijnych brytyjskich brzmień. Szczerze? Mam na to wywalone i nie zrozumcie mnie źle.

Sama lubię nostalgię, ale niektórym nigdy nie dogodzisz, po prostu  tolerują tylko piosenki z dźwiękami cięcia się żyletkami w tle, a jak jest nieco radośniej, to od razu kicz i sprzedawczyki. Spoko luz, ja gotuję się dopiero, gdy zarzuca się, że nowe kawałki zamiast uczuć mają chórki od Beyonce. Szukasz uczuć? Wbijaj na koncert, a te zwalą Cię z nóg.

Podobnie było w niedzielę, a atmosferę ekscytacji można było poczuć już od wczesnych godzin popołudniowych, gdy fani powoli zaczęli opanowywać miasto, krążąc po centrum i nabierając mocy chillując w barach i przy food truckach ustawionych wzdłuż Wisły.

Jeszcze weselej było po dotarciu na stadion, gdzie pozytywne wibracje po prostu unosiły się w powietrzu. Oczywiście nie byłby to Coldplay, gdyby przy wejściu zabrakło świecących opasek – to już tradycja sięgająca trasy promującej album Mylo Xyloto i tym razem nie było inaczej.

Zgarnęliśmy więc swoje i pognaliśmy do środka. W kwestii formalnej suport był – Lyves i Tove Lo, ale skłamałabym, gdybym powiedziała, że skradli show, bo od początku było jasne na kogo wszyscy czekają.

Kiedy więc chwilę przed 21-tą rozbrzmiała Maria Callas i jej O mio babbino caro wszyscy zaczęli obserwować główną scenę, by chwilę później niemal roznieść halę okrzykami radości, które towarzyszyły pojawieniu się zespołu i pierwszym taktom rozpoczynającego koncert The Head Full of Dreams.

I wtedy się zaczęło! Totalna euforia dźwięków i mega energii, którą zespół praktycznie zarażał wszystkich wokół! Tłum zamienił się w mgnieniu oka w jedną tańczącą masę, by już za moment wtórować Chrisowi, gdy jako drugi został odegrany Yellow, singiel z debiutanckiej płyty zespołu. Cały stadion utonął na chwilę w żółtej poświacie, ale na horyzoncie już pojawiał się kolejny hit – Every Drop is a Waterfall.

Dla mnie osobiście jednym z większych przeżyć był zagrany, jako czwarty w kolejności, The Scientist. Totalna magia dźwięków pianina i ogromny wielotysięczny chór śpiewający prosto z serducha. Nie wiem jak u innych, ale u mnie pierwsze łzy poszły w ruch!

Zresztą trzeba przyznać, że zespół tego wieczoru w wyjątkowo sprawny sposób żonglował emocjami publiczności, co rusz zmieniając klimat i zaskakując nas na nowo!

źródło: instagram Coldplay

Tak było w przypadku Paradise, na którym cały stadion rozbłysnął milionem kolorowych światełek, które idealnie dopełniały klimatu zaserwowanego nam remixu (autorstwa Tiesto), zmieniając publiczność w jedną wielką disco kulę i zarzucając kolorowym konfetti 😀 A chłopaki dopiero się rozkręcali!

Szczerze, gdyby nie Pan eM, który ukradkiem mnie obserwował próbując doszukać się w wijąco-skacząco-śpiewającej postaci swojej statecznej kobiety, pewnie przepuściłabym szarżę na bramkarza, przeskoczyła barierki i już szalała pod samiutką sceną. Ale i tak dawałam z siebie wszystko. Zdradzę też w tajemnicy, że Pan eM nie był gorszy i wymiatał na całego „tańcząc wewnętrzne” 😛

Ale właśnie, z tą sceną to nie byłoby tak prosto. Grupa aż 5 razy zmieniała swoją lokalizację, mając do dyspozycji aż 3 sceny – główną, mniejszą umieszczoną na środku płyty i mini, zlokalizowaną w tylnej części płyty. Przyznaję, że było to spore zaskoczenie i mega gest w stosunku do fanów, bo każdy z nas miał szansę przez część koncertu być bliżej i widzieć lepiej. Aż dziwne, że do tej pory nikt inny nie podchwycił tego pomysłu, bo taki ukłon w stronę publiczności robi wrażenie.

I to właśnie na środkowej scenie rozbrzmiały Always in My Mind, Magic, Princess of China z wirtualną Rihanną i kończący tę część koncertu, przepiękny Everglow (coś mam słabość do pianina!).

Jeśli ktoś zatopił się w myślach, dzięki takim hiciorom jak Clocks czy Charlie Brown szybko wrócił na tory zabawy, a kiedy publiczność usłyszała pierwsze takty Hymn for the Weekend na Narodowym zapanowało istne święto holi. I żeby nie było, zespół zadbał o detale i na końcu obsypał publikę morzem kolorów konfetti:D

źródło: instagram Coldplay

Przez cały koncert razem z Panem eM mieliśmy swoje piosenki, których wyczekiwaliśmy najbardziej  i to właśnie był ten moment. Pierwsza byłam ja i przyznaję Chris Martin rozłożył mnie na łopatki już pierwszymi dźwiękami utworu, który uwielbiam bez reszty – Fix you. Popłynęłam i to dosłownie, bo łzy leciały jedna z drugą, a broda drgała tak, że gdyby nie fakt, że razem z tłumem zapomniałam się w śpiewaniu, mogłabym mieć kłopot. Przekonałam się też, że ta kompozycja może brzmieć jeszcze lepiej, gdy słucha się jej na żywo. A to niełatwe osiągnięcie.

Kiedy nieco się pozbierałam nadszedł moment chwały Pana eM – Adventure of a Lifetime i nie wiem czy to szczęście początkującego (dopiero liznął dyskografię) czy jakieś chachmenty z grającymi, ale kurna patrzyłam i nie wierzyłam! Nie dość, że załatwili mu boską oprawę świetlną w postaci trylionów światełek falujących wraz z tłumem, to nagle na płycie pojawiły się dziesiątki wielkich kolorowych balonów, podbijanych pod sufit przez tańczących ludzi, a na dokładkę to właśnie ten utwór fani wybrali do swojej akcji, zakładając setki masek z wizerunkiem małp. Zero sprawiedliwości, za to wykon – petarda!

Petarda tak duża, że kolejne minuty koncertu upłynęły na spokojnych i akustycznych wersjach In My Place i Don’t Panic wykonanych na najmniejszej ze scen. Tu też miała miejsce kolejna niespodzianka – wykonanie utworu Us Against the World na specjalne życzenie fanki i to z dedykacją. Piękna sprawa.

Zespół nie byłby jednak sobą, gdyby wieczór zakończył się tak spokojnie. Oj nie, czekało nas jeszcze sporo emocji, bo Coldplay szybko wrócił na główną scenę i szykował się do decydującego uderzenia, serwując na deser Something Just like This, A Sky Full of Stars i czaderskie Up&Up zamykające ten nieziemski wieczór fajerwerkami, konfetti, a przede wszystkim genialnymi dźwiękami i gitarową solówką Johnnego Bucklanda!

I koniec.

Osobiście dłuższą chwilę zajęło mi zorientowanie się, że koncert dobiegł końca, bo poziom emocji jakie buzowały mi w żyłach i tych fruwających w powietrzu pomiędzy balonami i kawałkami kolorowego papieru, znacznie przekroczył znane mi dawki.

źródło: instagram Coldplay

Widziałam już trochę, słyszałam sporo, ale całkowicie poważnie, tak dogranego i dopracowanego w każdej sekundzie koncertu jeszcze nie przeżyłam. Zespół przekroczył wszelkie normy udowadniając, że profesjonalizm, świetna technika i niesamowity talent wcale nie muszą się kłócić z dobrym show. Ba, Coldplay to dowód, że w muzycznym świecie jest miejsce na genialną jakość i  dobrą zabawę w jednym.

Dla sceptyków dodam, że tak było radośnie, cholera, to był istny cyklon radochy zgarniający z krzesełek na Narodowym każdą żywą duszę i porywający do wygibasów największych twardzieli; tak były pozytywne przekazy, dobre emocje i było kolorowo do zemdlenia. I tak, nieco więcej było szybszych numerów, niż spokojnych ballad.

Ale też tak – to był totalny kosmos, w który Chris Martin i chłopaki ze składu wystrzelili się ze mną i kilkudziesięcioma tysiącami innych ludzi, zabierając nas w inny, mega odjechany wymiar.

I tak, z takiego miejsca wcale nie chce się wracać do rzeczywistości, bo kto wie ile lat będzie trzeba czekać na taką muzyczną transfuzję szczęścia, ze sceny wprost do serducha i żył.

A jeśli chcecie poczuć tę energię, kliknijcie w filmik poniżej. Ciary murowane!

Byliście kiedyś na koncercie Coldplay? A może ktoś inny zrobił na Was równie mocne wrażenie?

N.


Jeśli podobała Ci się relacja z koncertu Coldplay, zostaw kciuka w górę i zerknij na inne, fajowe posty: