Czerń i ultra dźwięki czyli relacja z koncertu Depeche Mode

Mam mały problem. W sumie nie taki mały, bo od kilku dni próbuję zabrać się za tekst, który teraz czytacie. Sęk w tym, że jak ktoś za bardzo chce i za bardzo przeżywa, to zazwyczaj wychodzi z tego totalna lipa. Na swoje usprawiedliwienie mam tylko jedno.

Jestem North, mam ponad 30 lat i jestem uzależniona. Od głosu Dave’a Gahana, od genialnych tekstów Martina Gore’a i morza opanowania Andy Fletchera. Tak, mam w domu milion pięćset książek o historii zespołu, latam na zloty, a kiedy przychodzi czas na upolowanie biletów na koncert – zamieniam się w Chucka Norrisa i nie odpuszczam, dopóki nie mam wejściówki w ręku!

Na szczęście w Polsce jest nas więcej, bo to choroba zakaźna. Kiedy raz wkręcisz się w twórczość zespołu, przepadasz na zawsze. Nieistotny jest wiek, płeć czy miejsce zamieszkania. Od tego momentu jesteś częścią czarnej braci i to ten kolor jest Ci najbliższy (no dobra, przyznaję, zespół robi małe odstępstwa w kierunku brokatu czy piór).

Skąd pewność, że ktoś jeszcze słucha zespołu, który swoje początki miał w 1980?

Bo w zeszły piątek (21 lipca) Warszawa przeżyła prawdziwy najazd! Tego dnia formacja po 3,5 roku przerwy zawitała do Polski w ramach trasy Global Spirit Tour promującej najnowszy album zespołu i  ściągnęła na Stadion PGE Narodowy ponad 50 tysięcy fanów z całego kraju.

źródło: Twitter Depeche Mode

Wynik chyba całkiem niezły jak na kogoś, kto na rynku muzycznym jest ponad 37 lat, co?

Przyznaję, w kwestii twórczości zespołu zdania są mocno podzielone. Albo się ich kocha, albo nienawidzi, trzeciej opcji zazwyczaj nie ma. Pojawiają się również zarzuty o zbytnią komercjalizację lub odejście od źródeł w kwestii brzmienia. Dla mnie jednak to  dość naturalny proces, by na przestrzeni prawie 4 dekad eksperymentować i zmieniać ścieżkę, którą podąża zespół.

I jeśliby spojrzeć na klasę, ilość wydanych albumów i pozycję zespołu na światowym rynku muzycznym – to kto jak kto, ale trójka z Basildon może sobie na to pozwolić. I chociaż nie wszystkim z wieloletnich fanów nowsza twórczość przypadła do gustu, to nadal wiernie wspierają band.

źródło: notesfromnorthwest.pl

Najlepszym dowodem był pękający w szwach Narodowy, który wypełnił się po brzegi na długo przed rozpoczęciem koncertu. Większość  fanów krążyła w okolicach stadionu od wczesnych godzin popołudniowych, kiedy kolejne autobusy wypełnione depeszowcami parkowały na pobliskich parkingach. Zresztą tego dnia wszystkie krajowe drogi prowadziły na PGE,  a pierwsze spotkania i wspólne przeżywanie odbywały się już na autostradowych postojach czy kolejce w Mac’u. Skąd to wiem? Sama ze Szczecina wyjechałam przed 5 rano, dołączając do zwariowanej grupy ponad setki zapaleńców w dwóch Enjoy Busach. Jeśli chodzi o pomysłowość, zgranie i organizację fani DM nie mają sobie równych!

Oczywistym więc było, że w takim gronie powietrze z minuty na minutę robiło się wręcz elektryczne, a kiedy zbliżała się godzina koncertu (20.45) wszyscy byliśmy na najwyższych obrotach! Może to wyczucie, może znają nas od lat, ale zespół od razu uderzył z wysokiego C i postanowił rozpocząć od świetnego Going Backwards, pochodzącego z najnowszej płyty, poprawiając So Much Love.

Nie da się ukryć, że wszystkie oczy skierowane były na Dave’a Gahana, który raptem kilka dni wcześniej miał poważne kłopoty zdrowotne, uniemożliwiające zespołowi zagranie koncertu w Mińsku. Jednak już przy Barrel of a Gun i kolejnym A Pain That I’m Used To, wokalista udowodnił, że gorsze dni ma już za sobą, pociągając tłum do szaleńczej zabawy.

źródło: notesfromnorthwest.pl

Jeszcze przed koncertem mocno obstawiałam jakie utwory marzy mi się usłyszeć i przyznaję – nie musiałam długo czekać, by zabrzmiało wielbione przeze mnie In Your Room. Ten kawałek to majstersztyk w najczystszej postaci, wywołuje dreszcze i łzy wzruszenia jednocześnie. Za każdym razem. Każdym.

Sądząc po reakcji ludzi wokół, nie tylko ja przeżywałam na maxa. Publika wręcz oszalała, gdy na stadionie rozbrzmiały pierwsze takty World In My Eyes. W sumie to ciężko stwierdzić czy więcej radości było po stronie tańczącej publiczności czy wijącego się na scenie Gahana, ale jedno jest pewne – ten utwór nigdy się nie zestarzeje, a ma 27 lat!

Kolejne minuty show należały do Martina, który najpierw totalnie nas oczarował akustyczną wersją Question of Lust, by potem poprawić fenomenalnym Home. W ramach podziękowań jak na zawołanie fani rozświetlili trybuny i płytę obiektu tysiącem telefonów i przez moment było naprawdę magicznie.

Nie zapominajmy, że dni poprzedzające koncert nie były najłatwiejsze w naszym kraju, a fale demonstracji przeszły przez większość polskich miast. Te emocje, buzujące w nas wszystkich gdzieś w środku, można było odczuć podczas kolejnego singla z najnowszego albumu, Where’s Revolution, gdy ponad 50 tysięcy gardeł śpiewało razem z Dave’m

Where’s the revolution

Come on, people

You’re letting me down

 

Co więcej, słowa kolejnych z setlisty Wrong i Everything Counts zabrzmiały wyjątkowo inaczej, porywając jeszcze mocniej wszystkich zgromadzonych na PGE tego wieczoru.

Sam zespół nie zwalniał tempa, serwując kolejne klasyki ze swojej twórczości, w tym moje ukochane Stripped, na którym w połowie straciłam już głos i aktywizujące największych sztywniaków na sali Enjoy the Silence.

Kiedy więc rozbrzmiały pierwsze dźwięki Never Let Me Down Again tym razem to  fani postanowili zaskoczyć grupę. Dzięki wcześniej uzgodnionej akcji, tysiące osób przyniosły ze sobą świecące fluoroscencyjne pałeczki i bransoletki, które przy kultowym machaniu rękoma podczas refrenu poszły w ruch. Szczerze mówiąc nie mam pojęcia jaki efekt końcowy osiągnęliśmy, ale mam nadzieję, że było to najbardziej kolorowe morze łapisk jakie zespół widział do tej pory 🙂

Ten utwór oznaczał jednocześnie, że część podstawowa koncertu jest już za nami, a o bis trzeba trochę powalczyć. Nie trzeba było zresztą zbytnio nas namawiać, bo po kilkunastu sekundach ciszy rozpoczęło się skandowanie, klaskanie i wywoływanie całego bandu.

Spisaliśmy się tak dobrze, że już po chwili na scenę wrócił Martin. Nie będę ukrywać, to był jeden z piękniejszych momentów koncertu, bo tak poruszającego Somebody nie słyszałam od dawna.

Z transu wyrwało nas dopiero Walking in My Shoes, ale nie trwało to długo. Już po chwili daliśmy się uwieść przepięknym coverem Heroes, zaśpiewanym w hołdzie zmarłemu niedawno Davidowi Bowie.

Kulminacją i genialnym zakończeniem całego wieczoru były dwie muzyczne petardy, które na nowo porwały wszystkich do zabawy – elektryczne I Feel You i najbardziej czaderska, odjechana z wersji Personal Jesus, przy której stadion wręcz chodził w posadach.

A potem?  Potem koniec. I już.

Czekałam od października i po wszystkim. Jechałam 8 godzin, siedziałam pod PGE kolejne 6 i już, po sprawie. Panowie po 50-ce wyszli na dwie godzinki, rozwalili system i zwinęli się w dalszą trasę, pozostawiając mnie wstrząśniętą, nie zmieszaną, na nowo zakochaną w każdym z kawałków z osobna i w całości twórczości jednocześnie. Pozostawioną w tłumie tysięcy osób, które czuły dokładnie to samo.

źródło: notesfromnorthwest.pl

To jest właśnie fenomen Depeche Mode. Energia, która tworzy niezapomnianą atmosferę i sprawia, że niezależnie od wieku, stopnia znajomości płyt i historii zespołu czy faktu bycia lub nie bycia depeszem, czujesz to samo. Ogień!

I chociaż zespół przez lata miał swoje zawirowania, zmieniał skład (najpierw odszedł Vince Clark, potem na kilka lat dołączył Alan Wilder), eksperymentował z dźwiękami i wizerunkiem, zamieniał czarne skóry na brokatowe kowbojki, a z niepokornych nastolatków zmienił się w grupę dojrzałych facetów, to jedno pozostaje bez zmian.

Muzyka, która potrafi kilkoma nutami wkraść się w Twój umysł, a potem rozlewać  powoli po całym ciele i poziomem emocji uzależnić tak bardzo, że jedyne co będziesz w stanie z siebie wydusić na dźwięk słów Depeche Mode to melodyjne:

I Just Can’t Get Enough!

 

N.


Myślisz, że dobrze oddałam klimat koncertu? Zostaw kciuka w górę i zerknij na inne, fajne posty: