Codzienność po francusku czyli garść inspiracji

Ha! Wróciłam! Trochę mi to zajęło, ale za to mam dla Was iście letnie wnioski.Wiadomo nie od dziś, że podróże kształcą. Ten temat jest aktualny zwłaszcza teraz, gdy każdy z nas ma przed sobą mniejsze lub większe wyprawy wakacyjne. Każda taka podróż wzbogaca nas o nowe doświadczenia, czasami obfituje w niesamowite, innym razem zakręcone zdarzenia, ale zawsze ładuje pozytywną energią na kolejne miesiące.

Zdarza się również, że po wakacjach nagle doznajemy objawienia  i dostrzegamy coś, co wcześniej było dla nas totalną abstrakcją albo nie istniało w ogóle 😛  Widzimy, że można do pewnych spraw podchodzić inaczej, patrzeć na świat w inny sposób, albo po prostu widzimy w innych cechy, jakie sami chcielibyśmy mieć. Taka fajna wakacyjna refleksja, która zostaje w nas na kolejne tygodnie.

Skąd takie myśli?

Jak doszłam do tego banalnie genialnego wniosku? Podobno najlepsze przemyślenia są wynikiem własnych doświadczeń, czyli mówiąc wprost właśnie wróciłam z urlopu i mnie natchnęło!

Swój wyczekany i wytęskniony wyjazd spędziłam w tym roku na południu Francji, szlifując w japonkach Lazurowe Wybrzeże i prowadząc badania organoleptyczne mające na celu potwierdzenie (lub podważenie) hipotezy wyższości wina francuskiego nad włoskim.

Jeszcze przed wyjazdem kilkakrotnie spotkałam się opinią, że Francuzi nie należą do najmilszych, że bywają aroganccy i bezczelni, zwłaszcza w stosunku do obcokrajowców. Być może to moje zezowate szczęście, ale ja nikogo takiego nie spotkałam. Ba! Wszyscy byli bardzo sympatyczni i wyrozumiali – nawet pani w piekarni słuchała cierpliwie jak kaleczę jej ojczysty język próbując kupić bagietki 🙂

Może to wpływ mocno rozgrzewającego słońca albo słonej wody, ale obserwując napotkanych ludzi, doszłam do wniosku, że fajnie byłoby przenieść kilka lokalnych zwyczajów czy zachowań na polski grunt. Chociaż nie mamy wokół winnic i pól pachnącej lawendy, to z pewnością możemy wnieść w nasze życie odrobinę francuskiego stylu.

Mała czarna z rana

No dobra, to co teraz napiszę może kosztować mnie roczny zakaz wstępu do punktów sieci Bagietka oraz pikietę lokalnych piekarzy pod moim balkonem, ale co tam… francuskie pieczywo jest bosko obłędne!!! Jest też nieodłączną częścią codziennego porannego rytuału jakim jest filiżanka, a raczej wielki kubeł czarnej kawy i croissant…ewentualnie pain au chocolat, ewentualnie kilka takich pyszności.

I wiecie co? Te 5 minut każdego ranka spędzone na pałaszowaniu naprawdę nie sprawia, że cały świat pogrąża się w chaosie. Nadal jesteś w stanie zdążyć ze wszystkim. Do tego, w jakiś dziwny i pokrętny sposób, nastraja Cię pozytywnie na wszelkie wyzwania jakim stawisz czoło tego dnia…No bo, czy można mieć zły dzień wcinając słodkości na śniadanie?

Uczta dla podniebienia

Pozostając w smacznym temacie, kuchnia francuska uchodzi za jedną z lepszych na świecie. Nie na tym jednak chciałam się skupić, a na samym pałaszowaniu! Francuzi są w tym mistrzami. Oni po prostu celebrują posiłki, nie śpieszą się i nie wciskają w siebie niczego w pośpiechu, bo wiedzą jak wielką przyjemnością powinno być jedzenie.

Kolacja w gronie przyjaciół czy rodziny potrafi trwać naprawdę długo, ale czy nie o to właśnie w tym chodzi? By poczuć na języku wszystkie aromaty i rozsmakować się w przygotowanych potrawach, dzieląc te chwile z najbliższymi, zamiast ładować przed telewizorem kolejne puste kalorie. Takie podejście ma jeszcze jeden plus. Skupiając się na swoim talerzu, nagle zaczynasz zwracać uwagę na jakość tego, co na nim ląduje 🙂

Sztuka wina

Wiadomo, że od wieków we francuskich żyłach zamiast krwi znaleźć można wino. To sprawia, że przeciętny Gal nie poda nam byle czego do kolacji 😉

A gdyby tak podkraść im odrobinę tej wiedzy? Nie mówię tutaj o kończeniu kursów sommelierskich (chociaż czemu nie?), ale o kilku podstawowych zasadach, jak choćby rozróżnienie walorów poszczególnych kolorów win czy dobranie odpowiedniego typu napitku do posiłku. Zapewniam, to pozwoli na nowo odkryć jakość tego trunku, a na randkach efekt WOW na potencjalnym wybranku/wybrance macie gwarantowany!

Viva la France!

Podczas pobytu akurat trafiłam na obchody rocznicy wybuchu Wielkiej Rewolucji Francuskiej przypadające 14 lipca. Taki francuski odpowiednik amerykańskiego 4 lipca. Zaskoczyła mnie mega pozytywna, przyjacielska atmosfera. Wszyscy razem, mieszkańcy, turyści, mali i duzi, spotkali się na plaży, by razem świętować i bawić się przy fajerwerkach. Zero awantur i nikomu niepotrzebnej agresji. To naprawdę pozytywne, zwłaszcza, że nie ukrywajmy, ten kraj nie jest wolny od problemów wewnętrznych.

Fajnie byłoby, gdybyśmy mogli zaszczepić trochę więcej takiego poczucia wspólnoty u nas. By zamiast corocznych ustawek i burd ulicznych oraz ogólnonarodowej awantury, kto kogo i kiedy kamieniem, nauczyć się po prostu razem świętować. Bo przecież dumę narodową można wyrazić w bardziej stylowy sposób. Jaki? Zajrzyj tu!

Chwytaj dzień!

Na co dzień zadanie goni zadanie, a my prawie zabijamy się na zakrętach, żeby ze wszystkim zdążyć. Do tego często łapiemy się na myśleniu, że będziemy szczęśliwi, już za momencik, już za chwilkę, jak tylko zdobędziemy …… (i tu możesz wpisać swoją listę super auto/lepszą pracę/ dziewczynę/ męża/większe mieszkanie/talię osy). To sprawia, że pochłonięci planowaniem i osiąganiem nie zwracamy uwagi na te małe, a jednak szczególne chwile, które właśnie przelatują nam przed nosem.

A Francuzi? Nie mówię, że cały dzień byczą się w knajpkach słuchając Edith Piaf, ale… no właśnie! Mają takie wyrażenie joie de vivre czyli radość życia i szczerze wierzę, że na co dzień w cholerę lepiej od nas potrafią ją odnaleźć 🙂 Jaka jest na to recepta? Bycie obecnym tu i teraz. Docenienie ulotnych momentów, których nie da się już nigdy powtórzyć. A skoro już nigdy nie będziemy mogli przeżyć ich jeszcze raz, warto zapamiętać smak tych chwil i cieszyć się każdą sekundą!

Stylowe życie

Na końcu coś, czego nie mogło zabraknąć na liście. Szczerze mówiąc legendy o boskim stylu Francuzek trochę mnie rozbawiały. Przecież nie może być tak, że wszystkie wyglądają perfekcyjnie, mają zawsze idealnie dobrane buty do torebki, torebkę do sukienki, sukienkę do figury itd. itp.

Nie trzeba było się śmiać…Francuzki rzeczywiście mają ogromne wyczucie stylu i trendów. Powiem więcej, ta zasada dotyczy również Panów! Nie wiem czy to kwestia wychowania przedszkolnego, czy może w ramach obowiązkowych szczepień dostają dawkę Chanel w 3 miesiącu życia, ale wszyscy wyglądają naprawdę dobrze! No dobra, jakieś 95%.

Najważniejsze jest jednak coś innego. To zasada, którą bardzo chciałabym przekazać niektórym polskim dziewczynom – Moins est plus czyli Mniej znaczy więcej (może od razu sprostuję, że nie chodzi o ilość ubrań, a raczej umiar i klasę :)), bo to w prostocie tkwi piękno.

I wbrew pozorom dotyczy to nie tylko mody, ale wszystkich dziedzin życia. Nie mówię, że od razu po przeczytaniu wpisu musicie zmieniać swoje życie na francuską modłę. Czasem jednak warto odrobinę podpatrzeć innych, bo można odnaleźć coś fajnego dla siebie. W końcu nawet mała wakacyjna inspiracja może przynieść nam coś optymistycznego!

PS. Dla tych, którzy nie spoczną dopóki nie poznają tajników szczęścia Francuzek i Francuzów, polecam książkę Szczęście na dzień dobry Jamie Cat Callan. Bardzo lekka, zabawna i przyjemna lektura, idealna podczas wakacji….np. we Francji 😉

N.